Talerhof
– kiedyś niewielka wieś u podnóża Alp, nieopodal Grazu. Dziś miejsce,
po którym nie ma śladu. Przez wiele lat wywoływało smutek i żal w wielu
rodzinach. Nazywany Galicyjską Golgotą obóz internowania dla
przejawiających rusofilskie sympatie poddanych Jego Cesarskiej Mości
Franciszka Józefa. W czasie trzech lat istnienia przewinęło się przez
niego ponad siedem tysięcy więźniów, głównie z Galicji i Bukowiny, w
tym blisko dwa tysiące Łemków. 1767 więźniom nigdy nie dane było
stamtąd wrócić. Swoje kości pozostawili na cmentarzu przylegającym do
obozu nazywanym "Pod sosnami".
18 września 1914 roku na stację kolejową
Abtissendorf nieopodal Grazu dotarł pierwszy transport internowanych
Łemków. Do tego pociągu, który wieczorem 14 września wyruszył z Gorlic,
załadowano większą część uwięzionych. Drugi i ostatni transport przyjechał miesiąc
później, 17 października. Wśród internowanych byli księża, nauczyciele,
urzędnicy i chłopi. Wtedy uwięziono prawie całą łemkowską inteligencję,
do wyniszczenia której przyczyniły się nieludzkie warunki panujące w
obozie. Tego dnia pierwszym transportem przyjechała między innymi Pelagia Sandowicz, wdowa po rozstrzelanym Maksymie Gorlickim, wraz z jego ojcem Tymoteuszem. Przyjechał też Teofil Kuryłło, studiujący w Wiedniu na wydziale prawa, syn księdza Wasyla Kuryłły z Florynki, który trudy obozowego życia zapisywał w swoim dzienniku, i wielu innych.
Dokładnie w dziewięćdziesiątą rocznicę
przybycia pierwszego transportu z Gorlic
Stowarzyszenie Łemków postanowiło umieścić tam pamiątkową tablicę. W
piątek, 17 września, późnym popołudniem z Krynicy i Legnicy do Grazu
przez Bratysławę wyruszyły dwa busy, aby na miejscu uczcić pamięć
zmarłych ofiar galicyjskiego terroru.
Ślady po uwięzionych udało znaleźć się w
Feldkirchen, dawniej odrębnej miejscowości, obecnie liczącej pięć i pół
tysiąca mieszkańców gminie przylegającej do Grazu. Na katolickim
cmentarzu przy parafii św. Jana Chrzciciela w rogu, przy torach
kolejowych, stoi niepozorna budowla w kształcie rotundy. Wyglądem
przypomina grecką cerkiewkę z prawosławnym krzyżem.
- Nie wiem dokładnie czy w 1935, czy 1936 roku
przeniesiono z cmentarza w Talerhofie szczątki zmarłych na cmentarz
przy naszej parafii - mówi ksiądz Josef Gschanes, od czterdziestu lat proboszcz tej parafii.
Kiedy we wrześniu 1914 roku władze austriackie
zdecydowały, że powstanie tam obóz, na terenie przylegającym do obozu
znajdowały się koszary wojskowe. W 1938 roku cmentarz musiał ustąpić miejsca
składowi amunicji, w związku z czym, zgodnie z międzynarodową konwencją
o ochronie mogił wojennych, prochy zmarłych przeniesiono na najbliższy
cmentarz. Złożono je w zbiorowej mogile, na której wybudowano kaplicę.
Wewnątrz, na białych ścianach, dużymi ciemnymi literami w języku
niemieckim wypisano: "Umarli z dala od ojczyzny. Spoczywa tu 1767
mężczyzn, kobiet i dzieci ze Wschodniej Galicji i Bukowiny, ofiar wojny
światowej 1914-1917. Pokój ich duszom". Nad napisem, po lewej stronie, tablica z 1994
roku. W osiemdziesiątą rocznicę powstania obozu hołd ofiarom Talerhofu
złożyło Zjednoczenie Łemków. W ubiegłym roku, na rok przed planowanymi obchodami, przyjechał tu nieżyjący już Michał Sandowicz, prezes Fundacji Wspierania Mniejszości Łemkowskiej Rutenika, w towarzystwie swego wuja Arkadiusza Nachmazowa,
syna Pelagii Sandowicz z drugiego małżeństwa. Kiedy rozwiązano obóz,
młoda wdowa z urodzonym w lutym 1915 roku synem Maksymem, ojcem
prezesa, nie wróciła na Łemkowszczyznę. Osiadła w Czechach. Tam
powtórnie wyszła za mąż, za emigranta z Rosji Nachmazowa. Ich syn
Arkadiusz, który ukończył prawo w Wiedniu i biegle władał niemieckim,
przed rokiem zdobywał sympatię początkowo nieufnego proboszcza Josefa
Gschanesa. Michał Sandowicz planował wielkie obchody tamtych wydarzeń.
Miało wziąć w nich udział około stu osób z Polski. Dużą pomoc w
zorganizowaniu wyjazdu obiecała Ambasada Republiki Austrii w Warszawie.
Niestety, nagła śmierć przeszkodziła w zorganizowaniu przedsięwzięcia.
- Doktor architekt nie żyje? - ze smutkiem
westchnął ksiądz Gschanes, kiedy zapytał o Michała Sandowicza. - Będę
się za niego modlił - dodał po chwili.
Proboszcz Gschanes mówił, że na telefon z Polski
w sprawie obchodów czekał od maja. Kiedy przed kilkoma dniami
zadzwoniła do niego na prośbę Andrzeja Kopczy, przewodniczącego Stowarzyszenia Łemków, konsul honorowa Republiki Austrii we Wrocławiu, Jolanta Charzewska-Miller, na gości z Polski czekał od rana.
Jeszcze przed rokiem całą elewację kaplicy
porastał gęsty bluszcz, a obok stały kontenery ze śmieciami. Obecnie po
"dawnych porządkach" nie ma śladu. Zlikwidowano obfite pnącza, a dach
kaplicy pokryto nową, miedzianą blachą.
"Naród ma tylko wtedy przyszłość,
kiedy ma szacunek do przeszłości" - takie motto
zacytował w wydanej przed pięcioma laty z okazji 25-lecia gminy kronice
burmistrz Feldkirchen Adolf Pellischek. Burmistrz, mimo że o wizycie dowiedział się w ostatniej chwili, wziął udział w uroczystościach, pełniąc rolę gospodarza.
Przed kaplicą, nad grobem ofiar ksiądz Lubomir Worhacz z Legnicy i ksiądz Roman Dubec
z Gorlic w asyście proboszcza Gschanesa odprawili panichidę. W czasie
modlitwy za zmarłych trzydzieści jeden osób trzymało zapalone,
specjalnie przywiezione, cerkiewne świece. Pomimo odgłosu
przejeżdżających pociągów wydawało się, że czas cofnął się do września
1914 roku.
"Smutny rozdział w historii Feldkirchen
rozpoczął się 4 września 1914 roku. Tego dnia na stację w Abtissendorf
przyjechał transport tak zwanych «rusofilów». Po wybuchu wojny,
rozpoczęły się, szczególnie w Galicji, ostre represje stosowane przez
wojska austro-węgierskie w stosunku do miejscowej ludności cywilnej. We
wrześniu wojsko doznało w Galicji porażki i w odwrocie rozpoczęło
polowanie na rosyjskie dokumenty, w których byłoby wymienionych wielu
cywili współpracujących z Rosjanami. Tych, którzy chcieliby pomagać
Rosjanom przy przemarszu przez Galicję. W określonych jako
«rusofilskie» (przyjazne Rosjanom) miejscowościach, osoby podejrzane o
współpracę z Rosjanami zostały powieszone na drzewach, Rusini zostali
przymusowo deportowani i większa część z nich została wywieziona do
obozu Talerhof w Grazu" - opisują tamte wydarzenia miejscowe kroniki.
Na Łemkowszczyźnie represje rozpoczęły się
ostatniego dnia lipca w Gorlicach rewizją w
Ruskiej Bursie, internacie dla studentów i gimnazjalistów. Trwały przez
cały sierpień i wrzesień. W prawie wszystkich wsiach aresztowano
inteligencję i co bardziej świadomych chłopów. W rzeczywistości -
niewinnych ludzi. Najwięcej z Regietowa, Żdyni, Łosia, Wysowej,
Bielanki i Koniecznej.
- W samej tylko Małej Lipnej raptem było
trzydzieści chyż, a wywieziono stamtąd aż dziesięć osób. W sumie z
całej Łemkowyny wywieziono blisko dwa tysiące osób - mówi Piotr Trochanowski.
O wielkim szczęściu mogą mówić Łemkowie z Banicy,
koło Izb. Żołnierze w poszukiwaniu rusofilów trafili do karczmy
prowadzonej przez miejscowego Żyda. Zostali dobrze przez niego
ugoszczeni. Karczmarz przy tym zapewnił ich, że we wsi żadnych
rusofilów nie ma. Nikogo nie aresztowano.
Drugi w historii obozu transport przyjechał do
Abtissendorf ósmego września. Internowani pieszo pięć kilometrów szli
do miejsca przeznaczenia, do Talerhofu. W bardzo prymitywnych warunkach, w namiotach,
na gołej ziemi uwięziono dwa i pół tysiąca ludzi z pierwszych
transportów. Budowę drewnianych baraków rozpoczęto dopiero czwartego
października. Tamte wydarzenia fotografował i opisywał ówczesny
proboszcz parafii w Feldkirchen Ignaz Joherl. Zdjęcia dziś znajdują się w Archiwum Diecezjalnym w Grazu.
W pierwszych dniach istnienia
obóz w Talerhofie stał się miejscem podmiejskich
wycieczek dla mieszkańców Grazu i okolic. Kierujące się niezdrową
ciekawością tłumy, jak podają kroniki: pieszo, konno, na rowerach, a
nawet samochodami wyruszały, aby zobaczyć przetrzymywanych w
nieludzkich warunkach więzionych tam mężczyzn, kobiety i dzieci. W 1917
roku ukazał się w Grazu złośliwie opisujący tę ciekawość, życie w
obozie i więźniów anonimowy artykuł "Na polu hańby. Graz, 15 września
1914 roku". Autor w bardzo ironiczny sposób opisuje "tę ciekawość"
obywateli. Drogę do Talerhofu nazywa "trasą wycieczkową", przyjemnym
"wypadem za miasto", sposobem na spędzenie wolnego czasu. Uwięzionych w
obozie określa mianem "wywrotowego elementu". "Czy ci ludzie są
zdrajcami? Czy cokolwiek wiedzieli o cesarzu, państwie i ojczyźnie?
Podobny wygląd wszystkich, młodych i starych mówi: zobojętnienie do
otępienia… Jednak szybko mija litość" - pisze złośliwie.
Cesarz Franciszek Józef wskutek interwencji premiera Istvana hrabiego Tisza von Borosjeno et Szeged
17 września podpisał rozkaz zaprzestania aresztowań rzekomo
podejrzanych osób. "Wszystkie wojskowe placówki zostaną najsurowiej
ukarane, na podobne kroki pozwalam tylko w przypadkach najcięższych
przejawów zdrady. Nie chcę, żeby poprzez bezprawne aresztowania również
lojalne jednostki zmierzały w szkodliwym dla państwa kierunku".
Niestety, "ów szkodliwy kierunek" został obrany bezpowrotnie kilka
tygodni wcześniej.
18 września 1914 roku był piątek.
O godzinie dziesiątej w nocy pociąg z Gorlic dotarł na miejsce przeznaczenia. Teofil Kuryłło
w swoim dzienniku zanotował: "Nasz transport rozdzielają do polowych
namiotów, gdzie na środku stoi kilka snopów słomy. Spać można tylko na
siedząco, opierając się plecami o snopy słomy. Niektórzy z nas, bardzo
zmęczeni, zasypiają w tak niewygodnym położeniu". W takiej sytuacji trudno było o brak
zobojętnienia, czy otępienia. Warunki w obozie były skandaliczne. Głód,
brak wody, spanie na gołej ziemi oraz zbliżająca się zima, przyczyniły
się do rozwoju wielu chorób. Katastrofalny stan sanitarno-higieniczny
spowodował rozwój epidemii cholery. Pierwsze przypadki zanotowano
szóstego listopada. Rozpoczęły się masowe pochówki.
Pomimo zakazu, przybywała liczba więźniów.
Dziewiątego grudnia osadzono w Talerhofie stu pięćdziesięciu rosyjskich
jeńców wojennych. Tak więc, na przełomie roku, obok cholery zaczęły
pojawiać się przypadki tyfusu plamistego oraz duru brzusznego. W
okolicy zapanował strach. W obawie przed rozwojem epidemii na zewnątrz,
pojawiły się głosy o zamknięciu obozu. W styczniu liczba więźniów
osiągnęła okrągłe siedem tysięcy, z tego trzy tysiące było chorych.
1380 nie udało się wyzdrowieć.
Po trzech latach istnienia, rozkazem z pierwszego września 1917 roku, rozwiązano obóz internowania.
Ci, którzy przeżyli,
mogli wracać do swojej ojczyzny. Jeszcze w tym
samym miesiącu w Talerhofie osadzono rosyjskich wojskowych. W ten
sposób powstał obóz pracy wojskowego sztabu w Grazu dla pięciu tysięcy
jeńców. - Znaleźli się tu, bo mieli swoje "ja". Nie wstydzili się być sobą - powiedział ks. Dubec.
Na świeżo zamontowanej i poświęconej tablicy
widnieje napis w językach łemkowskim i niemieckim: "Pamięci Łemków -
Ofiar Talerhofu 1914-1917 w 90-tą rocznicę uwięzienia Stowarzyszenie
Łemków". Michał Nesterak był młodym, dobrze
zapowiadającym się dwudziestoletnim poetą. Z tęsknoty i żalu napisał
wiersz "Do przyjaciela", który pod tablicą odczytał Piotr Trochanowski.
Nazwiska wszystkich pochowanych w zbiorowej
mogile znajdują się w księdze zgonów, która znajduje się na parafii w
Feldkirchen.
Grubą, podniszczoną księgę,
z ręcznie dokonanymi wpisami, udostępnił do
wglądu na miejscu ksiądz Josef Gschanes. Zmarli ze Lwowa, Przemyśla,
Florynki, a nawet z Kielc. Rosjanie, Ukraińcy, Łemkowie, Cyganie,
Żydzi, a nawet Polacy znaleźli się obok siebie. Strona po stronie
zaczęto kopiować jej zawartość przy pomocy aparatu fotograficznego.
- Gdyby nastąpiły jakiekolwiek problemy, proszę
przedzwonić. Prześlemy skopiowane dane - zapewnił burmistrz Pellischek.
Dziś teren byłego obozu przylega do
południowo-wschodniej części lotniska i należy do wojska. Wstęp na jego
teren wymagałby zgody stosownych władz. Skoro nie ma tam śladów po
dawnych barakach, uznano takie starania za niepotrzebne. Natomiast
budynek byłej stacji Abtissendorf wygląda niczym żywcem wyjęty ze
starych fotografii proboszcza Joherla, brak tylko tablicy z oznaczeniem
nazwy miejscowości. Jest własnością kolei. Stare tory zostały
zdemontowane. Budowa nowej linii kolejowej jest w trakcie.
Po zwiedzeniu obiektu kilka osób wpadło na
pomysł utworzenia właśnie w tym budynku - ostatniej pamiątce, jaka
pozostała po tamtych wydarzeniach - muzeum.
- Proszę próbować - zachęcił żegnając delegację burmistrz Feldkirchen.
fot. autorka
Zdjęcia archiwalne po raz pierwszy publikowane
w Polsce: Ignaz Joherl, archiwum diecezjalne w Grazu zostały
udostępnione autorce dzięki życzliwości dyrektora Aloisa Ruhri, śp.
Michała Sandowicza oraz Grażyny Kupiec
Local Links:
Return to Lemko Home Page
Document Information
Document URL:http://lemko.org/rusyn/2004.html
Page prepared by Walter Maksimovich
E-mail: walter@lemko.org
Copyright © LV Productions, Ltd
Originally Composed: October 18th, 2004
Date last modified: November 11th, 2013
|