Łemko nie może
bez lasów
|
|
 |
|
Stefan
Kaszczak: Jak Łemko wyjeżdża od siebie, nawet po własnej
woli, jakiś smutek nadchodzi fot. Piotr
Janowski |
Do zdjęcia ustawiano ich pośpiesznie,
być może pod lufami karabinów, a z pewnością grożąc i
krzycząc. Musieli mieć zakapiorskie oblicza i ponure miny,
żeby efekt fotografii był jak najmocniejszy. Przed grupę
mężczyzn, wyglądających jak jeńcy wzięci do niewoli po
ciężkiej potyczce, rzucono stos zdobycznej broni. Trzask
migawki, a potem już tylko właściwy podpis w gazecie: wojsko
polskie rozbiło grasującą wokół beskidzkich Gorlic bandę UPA,
wspieraną przez miejscowe łemkowskie wsie.
.gif)
Albo ten pogrzeb. Trumna ginąca pod naręczami
kwiatów i wieńców, kondukt żałobny, przemowy, nagrobna tablica
ze stosownym napisem, ufundowana przez lokalne władze. Chowają
Polaka zastrzelonego przez Ukraińców, nie baczących na fakt,
że żonaty z Łemkiną, cichy, spokojny, od pokoleń tutejszy,
osierocił sześcioro dzieci. Wcześniej było śledztwo prowadzone
przez gorlicki urząd bezpieczeństwa, i choć żona zabitego nie
rozpoznała zabójców, kolejne zeznania, poszlaki i dowody
wskazywały, że strzelali bojówkarze UPA.
.gif)
Akcja "Wisła" była już dawno rozpisana na głosy.
Czekano na pretekst - śmierć generała Karola Świerczewskiego
wiosną '47 pod bieszczadzką wsią Jabłonka, pozwoliła w
kilkanaście godzin uruchomić mechanizm przygotowujący wywózki.
Miesiąc później polskie oddziały otaczają ukraińskie wsie, a
wojska czechosłowackie i formacje NKWD blokują wschodnią i
południową granicę od Brześcia nad Bugiem po Nowy Sącz w
Beskidzie. Przez niespełna trzy miesiące deportowano 140 tys.
ludzi. W powojennej historii Polski nie było tak wielkich
represji zastosowanych w tak krótkim czasie.
.gif)
Trudno przypuszczać, by gorlickie zdarzenia:
ujęcie ukraińskiej bandy i pogrzeb Polaka zabitego przez UPA,
miały jakikolwiek wpływ na tak ogromną operację. A jednak
dowodziły niezbicie, że Łemkowie z Gładyszowa, ze Zdyni, z
Koniecznej muszą jechać na Zachód. Bo jeśli nie wyjadą, krew
będzie się dalej lać. Innymi słowy - że akcja "Wisła" była tam
usprawiedliwiona.
.gif)
Przez lata nawet obcy ludzie składali kwiaty pod
nagrobną tablicą. Zdjęcie schwytanej bandy publikowano w
poważnych wydawnictwach. Aż kilka lat temu Aleksander Maślej,
przewodniczący Zjednoczenia Łemków (wąsacz średniego wzrostu,
między czterdziestką a pięćdziesiątką, gaduła), odkrył, że
jednym z mężczyzn sportretowanych na fotografii jest niejaki
Ł., mieszkaniec Gorlic. Zaś zastrzelony Polak to mąż siostry
dziadka. Że dziadek miał siostrę, Maślej nigdy wcześniej nie
słyszał.
.gif)
Spowiedź
.gif)
Wieś Zdynia, ponad 20 kilometrów od Gorlic.
Kiedyś 80 numerów, grekokatolicka cerkiew, cmentarz, tartak,
pola aż po szczyty wierchów, na szczytach lasy. Dziś domów o
połowę mniej, rozsypująca się pożydowska chałupa, stadnina
koni w miejscu dawnego PGR-u, gdzie pracowali więźniowie,
prawosławna cerkiew, na cmentarzu grób księdza Maksyma
Sandowycza, zastrzelonego przez Austriaków podczas I wojny
światowej, niedawno uznanego męczennikiem prawosławnej wiary i
beatyfikowanego. Tylko potok ten sam, lecz jakby inny, bo
wycinka starodrzewia sprawiła, że wody w nim mniej.
.gif)
Stefan Kaszczak (rocznik 1928, niewysoki,
zmierzwione resztki siwych włosów, chromy na lewą nogę, grube
palce pogięte od artretyzmu i ciężkiej pracy): - Wiesz pan, ja
już do roboty nie pasuję, co mogę, to przy pszczółkach, przy
rybkach. Pamięć mam nie taką jak kiedyś, ale jeszcze opowiem.
Tak, ten lasek sam sadził, będzie więcej niż hektar. Sadził,
żeby ule przed wiatrem schować, wodę kubłami z rzeki nosił,
żeby modrzewie się pięły, grzybnię z lasu pod drzewka kładł,
choć nie wolno, ale mam własne prawdziwki. Jak nie ma lasu, to
skąd wziąć kołek, żeby krówkę przypiąć, z czego dom, z czego
kij na stare lata, czym chałupę opalić. Las, panie, to
wszystko.
|
|
 |
|
Wie Nieznajowa - przed wysiedleniem mieszkało tu 228 osób
|
Piotr Czuchta (ćmi klubowe, rzuci grubym słowem,
potężny, brzuchaty, gęsta czupryna, ręce tak samo spracowane
jak u Kaszczaka, choć nieco młodszy): - Chodził jeszcze z
tatusiem, patrzył, jak lasu doglądać, 17 hektarów mieli,
udziałów w gromadzkim, co go wieś kupiła od dworu, nie liczę.
Jodły po niebo, buki, dąb, sosny mało. Klepał tatuś jodełki,
głaskał, przemawiał: rośnij sobie, takaś piękna, prościutka.
Pokazywał, gdzie należy się przecinka, jak młodym drzewkom
światła dać, całe dnie tak prowadzał, nauczyłem się, gdzie
wykrot, gdzie kamień. Mnie dbać o las uczyć nie trzeba. To
powiedz pan, czemu oddać nie chcą?
.gif)
Kaszczak: - Chodzilim boso, chrust zebrany,
czyściutko, trawka aż miło. Idź pan teraz, nogi pokłujesz.
Gdybym miał swoje pięć hektarów i dwa udziały w gromadzkim
lesie, kupione jeszcze za dolary, co dziaduś z Ameryki
przywiózł, chodziłbyś pan na boso.
.gif)
Czuchta: - Tatuś opowiadał, że gdy w
dziewięćsetnym budował chałupę, kupił od hrabiny Krzywińskiej
pięć jodeł po pięć dolarów sztuka, swojego nie ciął, choć
mielim dość. A w trzydziestym dziewiątym przyszedł do niego
Żyd Oliner, co miał w Zdyni tartak. Mówi tatusiowi: sprzedaj,
sąsiedzie, choćby te z suchymi czubkami. Tatuś: na co mi twoje
pieniądze, wojna idzie. Żyd: dam dolarów, dam złota. Tatuś nie
sprzedał, bo się lasem cieszył.
.gif)
Tuż przed wysiedleniem poszli my do buka,
czterech chłopów większych niż ja by go nie objęło; tatuś
czuł, że trzeba się żegnać. Jeszcze jak wrócilim, górale
zwozili z gór jodły, co po jednej na całą ciężarówkę brali.
Drwale mówili: patrzcie, ostatnie rusinki wiozą. Dziś jodły
są, ale marne jak dychawiczny dzieciak.
.gif)
Kaszczak: - Czasem, jak na kawalerkę brakło,
chodziło się ciąć drzewo, ale swojego nikt nie ruszył. Był u
nas taki Teodor, wyrżnął księdzu jodełkę, Olinerowi na
porżnięcie oddał. Przyszło mu iść do spowiedzi, w konfesjonale
wyznał, że ukradł. Ksiądz mu: ty, Teodor, zostań po mszy, i na
progu cerkwi mówi, że za jodełkę mus zapłacić, jak nie, to do
sądu. Zafrasował się Teodor, bo pieniądze przepite, aż mu
doradził Seidler, Niemiec z Banicy, co u nas był za
nauczyciela: powiesz w sądzie, że chciałeś sprawdzić, czy
ksiądz trzyma tajemnicę spowiedzi. Sądu nie było, choć u
księdza żal za jodełkę wielki, bo taki sam Łemko jak my.
.gif)
Agitator
.gif)
1946 r. Już minęły dwa lata, jak wojna poszła ze
Zdyni, choć wojsko ciągle stoi w trzech strażnicach. Na
wschodzie, wcale nieodległym, biją się upowskie sotnie Hrynia,
Stacha, Bira, Brodycza, w sumie może ze 400 ludzi. Lecz major
Martyn Mizerny, Ren, głównodowodzący Odcinkiem Taktycznym
"Łemko", obejmującym Bieszczady i Beskid Niski, śle meldunki,
że w Gorlickiem trudno o ochotników, nie może powstać region
Werhowyna. Niektóre łemkowskie wioski już pojechały do ZSRR w
ramach umowy między Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego a
rządem sowieckiej Ukrainy o przesiedleniu obywateli
narodowości ukraińskiej, białoruskiej, rosyjskiej, rusińskiej.
Na wszelki wypadek starostowie nakazywali gminom, by w razie
niechęci lub oporu stosować "środki przysługujące władzy
administracyjnej".
.gif)
Kaszczak: - Niemcy gonili w okopy, za kopanie
płacili osiem papierosów cienkich albo cztery grube, z liści
zwijane. I wojsko polskie też brało. Mieli konie, ale
niezwykłe w kieracie chodzić, więc robili naszymi, w naszym
obejściu. My nie żebraki byli, dziaduś cztery razy do Ameryki
jeździł - patrz pan, ten zegar to jeszcze od niego. Mielim
sieczkarnię, młyn do kieratu, rower, dynamo z potoku, dziaduś
tatusiowi kuźnię kupił, co stała nad rzeką.
.gif)
Razu pewnego wzięli mnie do żęcia pszenicy,
cztery dziewuchy miały snopki stawiać. Bałem się, że dadzą mi
rugi, bo co sam jeden dla tylu dziewuch ukoszę. A oni biorą
pod las, dwie dziewuchy sobie upatrzyli, chycili, słyszałem
tylko trzask gałęzi, szlochanie jakieś. Wyszły potargane, i
dalej błagać mnie, prosić, żebym nic nie mówił we wsi, bo
honor stracą, jaki chłopak się za nimi obejrzy. Jak ja był
teraz w Kanadzie, opowiedziały, ale jakoś dookoła, żebym się
bardziej domyślił. A mają mężów, dzieci, wnuki, mówiły, że
strach z nich wyszedł.
.gif)
Czuchta: - Było tu w okolicy kilku Żydów. Jeden
ostał się w Brochowie, drugi u nas, chowany przez gospodarzy.
Przeżyłby, biedaczek, ale za wcześnie usłyszał, jak Ruskie idą
na Duklę, wyszedł z kryjówki, miał listę gazdów, co płacił im
dolary za schowanie i jedzenie. Wszedł na niemiecki patrol,
strzelili go od razu, ale listę zabrali. Chodzili potem z
papierem od chałupy do chałupy, dolary wzięli dla siebie, ale
wsi nie wydali. Inaczej byśmy nie przeżyli.
.gif)
A Olinerowi tatuś dawał w Gorlicach jeść, zawsze
cztery kromki chleba, choć strach był, bo w opasce chodził.
Ucieknął im ten Oliner do Rosji, a jak Niemcy poszli, zajechał
do Zdyni bryczką, prosto do domu dentysty. Zerwał podłogę, tam
dwie walizki, złoto i srebro. Wziął walizki na bryczkę, i
tyle my go widzieli. Aż nagle, całkiem niedawno, zjechali do
mnie jego kuzyni. Powiadali, że do Ameryki się dostał, potem
do Izraela, tam pomarł ze starości. A to muzeum żydowskie, co
jest niedaleko, to roztwarli za Olinerowe złoto. Tak
przynajmniej mówią.
.gif)
Mądry był ten Oliner. Jakby ze Zdyni nie
odjechał, Polaki okradliby go i powieźli z nami. Czemu? Bo my
obce, inne byli, jak Żydzi. Tak ich, kurwesynów, uczono.
.gif)
Kaszczak: - Noc była, spalim na ławach, co je w
dzień stawiało się pod ścianą, żeby w izbie nie zawadzały.
Nagle rumor, polskie wojsko ojca wzywa. Nie otwieramy, to
puścili serię, ledwom się schował. Wyrwali okna, drzwi z
futryną, brali, co w ręce wpadło. Na drugi dzień wszystko w
Koniecznej za bimber poszło, mamine chusty, ubranie.
.gif)
To i ojciec poszedł do dowódcy; brał nasz chleb,
ser, mieszkał u ojcowego szwagra. Mówi: panie kapitanie, my u
was darmo robimy, macie wszystko, co chcecie. A on: Kaszczak,
ty lepiej zawsze otwieraj, bo spalą. To swołocz, nie utrzymam
ich, nikt z wyższych rangą mi nie pomoże.
.gif)
Wiesz pan, naród był miękki, honorowy, dwakroć na
skargę nie chodził. Za spokojni my byli, za grzeczni. A trzeba
było ich bić jak psów.
.gif)
Czuchta: - Chodzili po wsiach agitatory, u nas
był jeden polski, jeden ruski. Namawiali, żeby wyjeżdżać na
Wschód, żyć będziem jak w niebie, za dziesięć hektarów dadzą
sto. No i ludzie jechali, z dobrej woli, ale agitatory
namawiali tak, że strach było odmówić. My, Łemki, naród
chytry, myślelim, że z władzą damy se radę, podpiszemy się na
wyjazd, władza zapomni, przeczekamy. Ale ruska władza inna:
podpisałeś, jedziesz, choćby nie wiem co.
.gif)
Kaszczak: - My nie jechali, bo dziaduś był cztery
razy w Ameryce, czytał gazety, to i wiedział, jak w Rosji
jest. Za to tatuś woził na stację w Zagórzanach takiego, co
wyjazd podpisał. Odmyślił się w ostatniej minucie, bo jego
kobiecie przyśnił się Jefron - proszalny dziad, po wsiach
chodził, opowiadał przyszłość. Kobieta pomyślała, że na
Ukrainie będą jak ten dziad.
.gif)
Uprosili tatusia, żeby dniem wiózł dobytek na
stację, a nocą wykradał do wsi. Nadszedł czas wywózki, szukali
go, aleśmy go skryli.
.gif)
|
|
 |
|
Wie Banica - przed wysiedleniem mieszkało tu 270 osób
|
Czuchta: - Czasem ze wsi jechała delegacja,
zobaczyć, jak tam jest w sowieckiej ziemi. Pokazywali
najlepsze kołchozy, domy z elektrycznym światłem, a jak
zajechali na stałe, nie było co jeść. Ciotkę ściągłem w
pięćdziesiątym szóstym, na polskie papiery, bo się jej Związek
Radosny odwidział.
.gif)
Kaszczak: - To i ze Zdyni delegacja pojechała.
Wrócili, miny nietęgie. I złożyło się, że akurat ktoś strzelił
na śmierć polskiego agitatora.
.gif)
Wrzucili agitatora do dołu, zasypali ziemią,
jeszcze niedawno kwiaty mu składano, bo upowska ofiara,
dopiero teraz mogiła porosła. Ale my myślelim: jaki to
pogrzeb, bez trumny, bez księdza, w nieświęconej ziemi. Swoich
tak chowają, jak nas będą? Człowiek nie bydlę, należy mu się
pochówek, nawet komuniście, więc gdy zobaczylim, co z ciałem
robią, nikt już nie chciał jechać.
.gif)
Wywózka
.gif)
Z
odezwy władz do Ukraińców (rozklejana po wsiach w 1947 r.):
"Cały Naród Polski, po straszliwych zniszczeniach wojennych,
stanął do pracy nad odbudową kraju. Wszędzie panuje spokój.
Dobrobyt wzrasta. Jedynie w południowo-wschodnich powiatach
Rzeczypospolitej Polskiej grasują bandy UPA, odznaczające się
szczególnym okrucieństwem. Bandyci UPA mordowali w tych
okolicach bezbronną ludność, grabiąc jej dobytek, podpalając
wsie i miasteczka. [...] Ostatnio poniósł śmierć z rąk
bandytów UPA II wiceminister obrony narodowej, śp. generał
Karol Świerczewski [...] Ludność ukraińska musi zrozumieć, że
przesiedlenie jest skutkiem działania band UPA. Jest to
zarządzenie dotkliwe, ale konieczne, które zapewni
przesiedlonej ludności spokojne życie na nowych osadach
przygotowanych przez Rząd, na innych terenach
Rzeczypospolitej. Ci, którzy nie podporządkują się temu
zarządzeniu i zostaną w okolicach objętych akcją
przesiedleńczą, będą traktowani jako bandyci UPA. Wojsko
polskie będzie ochraniać transporty wysiedlanej ludności przed
grabieżą i zniszczeniem dobytku. Ludność ukraińska będzie
otoczona opieką, zarówno w czasie transportu, jak i w nowym
miejscu zamieszkania". Na Ziemie Zachodnie pojechały całe
wsie: weterani Armii Czerwonej (obywatele polscy narodowości
ukraińskiej lub białoruskiej nie byli mobilizowani przez armię
generała Berlinga), przesiedleńcy do ZSRR, którym obietnice
agitatorów nie zgodziły się z realiami życia, więc wrócili
przez zieloną granicę, komuniści, nawet niektórzy Polacy,
którzy żyli między Ukraińcami. W polskim Beskidzie zostało
może kilkuset Łemków. Po słowackiej stronie nie ruszono
nikogo.
.gif)
Kaszczak: - Na kawalerkę chodzilim do Lipnej. A
potem wiozłem lipniaków do Zagórzan, skąd ich na Ukrainę
kierowali. Padało jak fiks, niebo nad niedolą płakało. W rzece
szła taka woda, że cztery konie wóz ciągły, w strachu, że
musiałem na kark wsiadać. Szli my przez nurt jak najprędzej, a
i tak dobytek mokry. Jak Łemko wyjeżdża od siebie, nawet po
własnej woli, jakiś smutek nadchodzi.
.gif)
Czuchta: - W Lipnej były najlepsze majstry od
kołowrotków do przędzenia wełny. W całej okolicy
sprytniejszych nie znali, kołowrotki szły hen, na Słowację.
Wieś siedziała w dolinie, mieli orzechy, sady, owoce, lepsze
zboże. Nie ma tego dzisiaj, przepadło. I nie ma Lipnej.
.gif)
Kaszczak: - Kiedyśmy zostali sami, tylko
Gładyszów i Zdynia, starsi nie mieli nadziei, że wysiedlenie
nas pominie. Widzieli my, jak to robią: wpisanie na listę,
czas na pakowanie, zbiórka, pożegnanie, odjazd. Że będzie
jeszcze gorzej, kto by myślał?
.gif)
|
|
 |
|
Wie Czarne - przed wysiedleniem mieszkało tu 300 rodzin
|
Czuchta: - Już my wiedzieli, co przed nami, bo
oglądali wcześniej, jak drugich wywożą. Z moich została
wujenka, co poszła za Polaka. I jeden milicjant. Wojsko
zajechało pod obejście koło ósmej rano. Dali pół godziny na
zebranie dobytku. Wyprowadzili my na drogę dwa wozy, ale
zezwolili brać jednego konia. Żołnierze obiecali dać zaprzęg,
ale nam mus zaraz odjeżdżać. Drugiego dnia przywieźli wóz na
punkt zborny, połowy dobytku nie było.
.gif)
W Zagórzanach bili, przesłuchiwali, choć my nie
wiedzieli, co mówić. Nieboszczyk Gbur Piotr, co w obozie w
Jaworznie umarł, zgłupiał od tego bicia bez reszty.
.gif)
Wreszcie załadowali, dwie rodziny na jeden wagon.
Mielim, prócz krów, koni, owiec, dwie kozy. Jedna się
zadusiła, w takim ścisku jechalim.
.gif)
Powieźli nas przez Oświęcim. Zatrzymali,
niektórych wyładowali do Jaworzna. Ustawiali się na korytarzu,
w szpalerze, znów bili. Bo my byli ukraińscy bandyci.
.gif)
Zachód
.gif)
Tamte wsie wyglądały inaczej niż beskidzka
Zdynia. Domy murowane, wszędzie prąd, po oborach poidła, windy
do podawania paszy, wodociągi. Tyle że przyjechali dwa lata po
największym szabrze, maszyny stały bez silników, krany wyrwano
ze ścian, okna bez szyb. Polscy osadnicy zza Buga też nie
wiedzieli, jak skorzystać z poniemieckiego dobra. Wiedzieli za
to, że po wsiach władza lokuje rezunów.
.gif)
Czuchta: - Wieś nazywała się Witków, po niemiecku
zdaje się Witkendorf. Obok stał zamek. Przyjechali my wprost
na żniwa, kiedy już nic nie wyrośnie, zapasów na zimę robić
nie ma z czego. Dali nas do chałupy bez okien, a następnego
dnia - robić w pegeerze. Zimą jedli my owies, co dla koni był.
Pierwszy rok paskudny, bo my dla zabużaków ukraińscy bandyci,
tak ich ubowcy nastawili.
.gif)
Aleksander Maślej: - Moją rodzinę wywieźli pod
Wrocław; tam się urodziłem. Opowiadano mi, że kiedy Łemkowie
wychodzili z wagonów, cała wieś, sami zabużacy, wyszła na
drogę, z kosami, z widłami, ze szpadlami. Wcześniej UB zrobiło
we wsi zebranie, powiedzeli: przywozimy wam hajdamaków, dobrze
ich pilnujcie. Sołtys w krzyk: zrobią nam drugi Wołyń, wojsko
strzelało na postrach, bo byłby pogrom. Ja sam dowiedziałem
się, że jestem ukraińskim bandytą, gdy kolega w klasie walnął
mnie kamieniem w głowę.
.gif)
Po latach, gdy wszystko się uładziło, mama
powiedziała najbliższej sąsiadce: tak baliśmy się was, że
przez trzy lata z siekierami spaliśmy. A ona: a my was tak, że
przez pięć.
.gif)
Czuchta: - Krowy pasłem, furmaniłem, woziłem
panów, co odwiedzali pegeer. Bieda w domu, na bryczce
siedziałem głodny, na orenżadę mogłem se popatrzeć. A panowie
do lasu zapolować, do restauracji.
.gif)
Raz mało brakło, a bryczkę bym wywrócił.
Skrzyczeli mnie bardzo, tylko jeden się odezwał: nie
awanturujcie się, kupcie mu choć coś do picia. To i kupili.
.gif)
Kaszczak: - Nas dali do pegeeru pod Strzelcami.
Kierownik bardzo się na nas mścił, za co, nikt nie wiedział.
Poszedł ojciec do dyrektora: zwolnijcie, bo nas pomorduje. A
dyrektor: mści się, bo wy nie Polacy.
.gif)
Przywieźlim z gór cztery krowy, dwie jałówki,
szesnaście owiec, dwa konie. Zimą na konia dawali kilo śruty,
latem trzy, bo zwierzę w polu robiło. Za miesięczną pracę sto
kilo żyta. Zboża starczało, ale pieniędzy nie mielim, bo
grosza żeśmy nie dostali.
.gif)
Czuchta: - Po roku przyszło polecenie, że mamy
wszystko sprzedać. Ostała się ino krowa, łemkowska, czerwona.
Ale we Witkowie trawa nie taka jak w Zdyni, to i mleko dawała
inne, nie do picia. Znów po roku nadzielili 120 hektarów na
sześć łemkowskich rodzin, dwóch gospodarzy na jedną stajnię. A
po dwóch latach na powrót oddawać do spółdzielni. Poszli my do
powiatu z petycją: zrobimy spółdzielnię, ale naszą, z
wysiedlonych. Powiat się nie zgodził, ziemię zabrali, a gdy my
pytali, z czego żyć, mówili: ziemi se poszukajcie.
.gif)
Ciekawski byłem od maleńkości, na wiejskie
zebrania chodziłem. Raz rzuciłem w prelegenta gruszką, dla
draki, rozplaskała mu się o czoło, od tego czasu na zebrania
od osiemnastki wpuszczali. A byłem i na takim, gdy kazali
chłopom iść do spółdzielni. Wstał jeden, Leon miał na
nazwisko, mówi: jak wszystko od dziś wspólne, to i baby razem
będą używać. Ludzie w śmiech.
.gif)
Nocą przyszli do Leona aktywiści z powiatu z
czerwonymi szturmówkami, dziesięć minut i won, kazali się z
gospodarki wynosić. Miał buraki, siano, zboże już zebrał, a tu
mus jechać do Szpotawy. To my mu po trochu dobytek dowieźli.
Dobrze z nim żylim. Cierpiał jak i my.
.gif)
Maślej: - Gdy byłem dzieckiem, kilka razy
zatrzymywali mnie Polacy z innych wsi, zabużacy, znali
ukraiński. Oni do mnie po ukraińsku, żeby sprawdzić, kim
jestem, ja po łemkowsku. Głupieli, bo nasza gwara inna niż
ukraiński, więc pytali: skąd ty, synku, przyjechałeś. Ja na
to, że rodzi- ce z Krakowskiego. Nic nie rozumieli.
.gif)
Kaszczak: - W czterdziestym ósmym wzięli mię do
wojska na sapera. Wyjmowałem miny z Gierłoży, gdzie we wojnę
Hitler siedział. Panie, ilu tam moich kolegów leży! Porwało
nawet kaprala Gałązkę i naszego porucznika.
.gif)
W wojsku źle popadłem, ale przynajmniej nie
besztali, bo jak saper idzie na pole minowe, nikt mu
przeszkadzać nie może.
.gif)
Czuchta: - Przyszło mi powołanie do wojska, na
Śląsk, to miałem pewność, że do kopalni, jak wszyscy z akcji
"Wisła". Ale udzielałem się w sporcie, pewnie dlatego dali
mnie na wojskową szkołę. Wszystkim mówiłem, żem narodowości
polskiej, ale oni: a czy ty dasz se na przysiędze radę z
polskiego. Poczułem, że coś nie gra.
.gif)
|
|
 |
|
Wie Długie - przed wysiedleniem mieszkało tu 198 rodzin
|
Już byłem w wojsku z dziesięć miesięcy, wziął
mnie sierżant na stronę, i pyta, kto jestem. Ja: a czy to
ważne. On wyciąga dokument, a tam czerwonym napisane: Czuchta
Piotr, Ukrainiec. Od tego momentu przyszła mi pełna
świadomość, że będą znać, żem nie Polak, a Łemko.
.gif)
Maślej: - Mieliśmy sąsiada, mówił tylko po
polsku, szukał polskiego towarzystwa. Nic nie pomogło, poszedł
do karnej kompanii. Wraca na przepustkę, krzyczy do mojej
matki po łemkowsku: Sława Chrystusowi. Matka pyta: co cię tak
nawróciło? On: w dupę mi dali, choć mówiłem, że jestem
Polakiem. Przekonały mnie, skurwysyny, na całe życie, że mogę
być tylko Łemkiem.
.gif)
Czuchta: - Ale na koniec tak się porobiło, że
kiedy mieli my święta, zabużaki przychodzili pod okna, kolędy
nasze śpiewali. To my na następne święta do nich. Z osiem lat
trwało, aż do takiej zgody żeśmy doszli.
.gif)
Sąsiedzi
.gif)
U
Stefana Kaszczaka przy ulach. Otumanione deszczem pszczoły
gubią drogę ku pasiece, wpadają do baraku, a wtedy Kaszczak
bierze po jednej w poskręcane paluchy, i, choć kulawy, drepce
ku oknu, otwiera, by pszczółka do ula leciała. Podłoga lepka
od miodu, na ścianach święte obrazy, kalendarz "Przyjaciółki",
pod ścianami kilka pustych flaszek po słowackiej wódce, ramki
na miód, malowana olejno komoda, w skrzyni książki po polsku i
po ukraińsku, o historii, którą Kaszczak oglądał na własne
oczy. Książki mu na to, żeby wiedzieć, co na świecie. Gdy
ustaje w pracy, to sobie siada i czyta.
.gif)
Czuchta: - Przyjechałem tu w pięćdziesiątym
siódmym, bez specjalnej przepustki, bo na urlopie z wojska
byłem, mogłem jechać wszędzie. Popatrzyłem na nasze góry i
wiedziałem, że tu mi żyć, nie gdzie indziej.
.gif)
Kaszczak: - Z rodziny żony jeden załatwił papiery
na powrót. Poszłem do niego: wzięlibyście i drugi wagon na
mnie, pojadę nielegalnie. Sam za wszystko płaciłem, dobytek
spakowałem, kobietę, Pietrka, co miał z półtora roku. Koło
Oświęcimia zatrzymali nas sokiści. Mówią: - Z babą, z
dzieciakiem w bydlęcym wagonie nie można. Wysiadać! A przecież
jeden wagon na rodzinę - luksus. Jak my na Zachód jechali,
gnojówka była po brzuchy, bydło z głodu ryczało, koniec
świata. Tak żem sobie pomyślał, ale sokistom mówię: panowie,
bądźcie ludźmi. Kobietę i Pietrka za flaszkę wykupiłem.
.gif)
W
Gorlicach byliśmy o czwartej godzinie, siódmego lipca, na
naszego Jana. Czas rozładowywać, ale nie wolno. Sprawdzają
papiery i do nas: a te co za ludzie. Powiedziałem, że pomagam
legalnym. Puścili.
.gif)
Z
Gorlic do Zdyni szli my pieszo. Z naszych domów nie został ani
patyczek, a pola, co sięgały tam pod wierzchołki, już nie
moje.
.gif)
Ech, ilem ja mieszkał bez meldunku, w strachu, że
złapią. Nareszcie poszedł do starego Siokały, adwokata w
Gorlicach. Doradził mi iść do pani w wydziale rolnictwa.
Przyszykowałem się, parę groszy w kieszeń, kurka pod pachą.
Wszystko wzięła, dokument na powrót załatwiła.
.gif)
|
|
 |
|
Piotr Czuchta - Przyjechałem tu w 1957. Popatrzyłem na nasze góry i wiedziałem, że tu mi życ, nie gdzie indziej
|
Czuchta: - Jeszcze na wojskowej przepustce
poszłem do powiatu, w celi pod gorlickim sądem wypili my z
urzędnikami litr wódki. Dostałem papier, że zgadzają się na
powrót. Wyszłem z wojska, darmo zdałem na skarb państwa tamtą
gospodarkę. Tu dali trochę ziemi, nie tej, co mieli my
wcześniej. Ściągłem mamusię, brata. Ciężko było, wokół obcy,
dziwnie się przypatrywali, ale na swoim nie idzie narzekać. W
starym domu była spółdzielnia, już zamknięta, bo osadniki
wyjechali. Musiałem dać łapówkę, żeby u siebie zamieszkać.
.gif)
Wiesz pan, zanim dali zgodę, to na wysiedleniu
wszystko badali. Pern, nieboszczyk, opowiadał, że jak prosił o
powrót, to mu rzekli: masz na Zachodzie zatarg z milicją. A to
nic nie było, wracał z kawalerki, patrzy, koło domu chodzi
jakiś człowiek. Złodziej - myśli - to mu mordę obił, zanim
poznał, że to ubek. Cała sprawa przyszła za nim aż tutaj.
.gif)
Kaszczak: - Dali dziesięć hektarów bez budynku,
sam nieużytek, sosna samosiejka, przez lata my karczowali.
Nareszcie trzeba się budować, dali działkę pod chałupę. Ale
sąsiad, góral, nie chciał nic ustąpić, kosił na moim trawę,
puszczał bydło. Poszłem do Gorlic, upomnieć się. To mi w
urzędzie powiedzieli: cicho Kaszczak, nic nie mówcie, już i
tak wszystkie gadają, że Rusinom ziemię rozdajemy.
.gif)
Zabiłem w mojej działce kołeczki, żeby widać
było, co czyje. Góral kołeczki wyjął. To kupiłem za tysiąc
złotych i flaszkę cztery ściany zwalonej chałupy, zwiozłem na
swoje, już mi drzewa nie rozrzuci, za ciężkie.
.gif)
Nareszcie buduję. A tu przychodzi milicja i mówi,
że najęte murarze do podmurówki nie mają pozwolenia robić w
strefie nadgranicznej. Ja: dachu nie mam nad głową. Komendant:
ty gówniarzu, masz 500 złotych mandatu.
.gif)
Wreszcie chałupa stoi, może bardziej obora i
chlew niż prawdziwy dom: kuchnia na dwa łóżka, za ścianą
bydło. Z obrzynków zrobiłem płot, wyciąłem dębowy kijaszek, w
łozach calutką noc siedziałem. Tylko słonko wstało, a
sąsiadowe dzieci bydło mi na podwórze gonią, przed progiem
mojego domu ich krowy srają. Tom wygonił na drogę, tam się
paście. Następnego dnia już krów nie puścili. Zostałem się
gospodarzem na swoim.
.gif)
Ale wciąż się gniewamy. Donosy piszą, że na
milicję i wojsko mówię bandyci, że chałupę zamiaruję im
spalić. Poszła sprawa do sądu, sąd oddalił, bom się nie
przyznał, co o wojsku i milicji myślę, choć to bandyci byli
bez dwóch zdań. Nareszcie na Józefa idę ze sklepu. Sąsiad
Józef, jego kumoter Józef. Wychodzi na drogę, za rękę łapie,
ale spokojnie, nie jak do bicia. Mówi: obok siebie mieszkamy,
czas nam na zgodę. Przepiliśmy, jego kobieta szczęśliwa. Na
drugi dzień sąsiedzie dzieciaki mówią mi "dzień dobry".
.gif)
Alem długo nie cieszył się zgodą, bo koń
sąsiadowi haclem dziurę w środku głowy wywalił. Wdowa na
pogrzeb moim zaprzęgiem jechała. Ino potem jego dzieciaki,
zmówione z innymi, kamieniami mi w drzwi rzucały. Wziąłem
kija, pomyślałem: te bez ojca niech se rzucają, dość mają
nieszczęścia. A te drugie muszą mieć wychowanie. Nie trzeba
było nic bić, rodzice im wychowania dali. Już z góralami
prawieśmy dobrze żyli.
.gif)
Czuchta: - W Zdyni bicia żadnego ze mną nie było.
Jak chodzili my na kawalerkę do Gładyszowa, to każdy gotów, bo
tam lubili w mordę dać. Nawet jak osadnicy wyjechali, w
Gładyszowie nic się nie zmieniło.
.gif)
Kaszczak: - Marysia już była na świecie, żona
mówi, bym w sklepie bułeczek kupił. A tam stoją, chłopy jak
lwy, dwóch górali i Smyjów Pietrek, nasz, co na wysiedlenie
nie poszedł; akurat jutro chować go będziemy. Stawiać im nie
będę, bo mam tylko pięć złotych. Daje mi Smyj szklankę, a
góral Masztalski mówi: no, ruski chuju, napij się z nami.
Jakoś tak polali, że szklanka wypadła, więc złapali mnie i w
mordę. Uchyliłem się, chyciłem kamienia, przez łeb, krew
poszła. I chodu do zburzonej leśniczówki, motykę w garść, jak
który wejdzie, walnę. Gdybym nie uciekł, zabiliby.
.gif)
Następnego dnia pomyślałem, że tylko co osiadłem
w Zdyni, przyjdzie mi do więzienia, bo Polakowi, choć ten Smyj
Rusin, a nie Polak, łeb rozbiłem. Wziąłem tysiąc złotych,
poszłem do Masztalskiego. A jego kobieta mówi, że pijany jak
świnia leży w ogrodzie.
.gif)
Nareszcie wstaje, mówi, żem Smyjowi głowę rozbił.
Ja: jakeście mnie wzięli, sam się potknął, o schody głową
walnął. Macie tu, Masztalski, tysiąc, nie wadźmy się.
.gif)
Wiesz pan, myślałem, że tu nie przeżyję. Jeden
jedniutki, najbliżsi sąsiedzi osadniki, pewnie ze dwudziestu.
I co? Pegeerowi ziemię sprzedali, wyjechali. Znów żyjemy w
łemkowskiej wsi.
.gif)
Wiara
.gif)
Zmieniali wiarę na przełomie lat 20. i 30. Często
dlatego, że przyszli do nich prawosławni księża; wielu
historyków uważa, że za Austro-Węgier Moskwa agitowała Łemków
przeciw Wiedniowi, a najłatwiej było agitować religią.
.gif)
Wiedeń, a potem Warszawa, Łemków nie pieściły,
zaś miejscowa inteligencja łatwo wyszukała, że w mowie
tutejszych górali słychać nutę starocerkiewnego z czasów, gdy
Ruś Kijowska była potęgą. Tak Ruś i Moskwa stały się bliższe
niż II Rzeczpospolita. Ale bywało jak w Bartnym, gdzie
grekokatolicki ksiądz komuś odmówił chrztu, komuś pochówku.
Obrażona wieś zdecydowała, że bliżej jej do moskiewskiej
cerkwi.
.gif)
Przed wojną porzuciło grekokatolicką wiarę 20 -
30 proc. mieszkańców Łemkowszczyzny.
.gif)
Czuchta: - Do wojny, we wojnę, a i na Zachodzie
my przy naszej wierze wytrwali.
.gif)
Kaszczak: - Na wysiedleniu nie było łatwo, bo
słali popów z cerkwi, im wolno było odprawiać, a nasza wiara
zakazana.
.gif)
Czuchta: - Po wysiedleniu pisalim do Warszawy,
żeby do Zdyni dali księdza, nic nie skutkowało. W
sześćdziesiątym szóstym, na Wielkanoc, zajechał tu ksiądz
mitrat Hrynyk. Grób Jezusowy założył, jedzie dalej, a pod
sklepem go aresztowali, Polacy zadowoleni, wołali: nie będzie
wam diabeł Paschy święcił, wynoście się. Na piąty dzień po
aresztowaniu zwołali my zebranie i posłali po popa. Milicja
otoczyła cerkiew, nic więcej nie robili. Tak żeśmy poszli na
prawosławie, za radą mitrata Hrynyka, bo gdy go brali, mówił:
chcecie mowę i obrządek zachować, ślijcie po popa. Łacińscy
księża zawsze gadali: bądźcie se tymi Łemkami, ale rzymskimi.
.gif)
Cerkiew nam okradli dwa razy, nie złapalim
nikogo, ale powiem, że łacinnicy, bo świątynia wspólna, tylko
my i oni klucze mieli, a z ich ołtarzy nie ginęło. Szło ku
awanturze, już nie o naszą ziemię, nie o lasy, ale o miejsce
święte. Aż, całkiem niedawno, uładziło się. Razem z
łacinnikami zmieniamy gont, robimy remonty, pół na pół, nikt
nie jest stratny. Na przemian odprawiamy, nie ma pewnie w
Polsce drugiego takiego kościoła.
.gif)
Maślej: - W osiemdziesiątym dziewiątym coś ich
naszło, nawet Piotra Czuchtę, by znów zmieniać wiarę. Mówiłem
im, choć jestem grekokatolikiem: chłopy, powariowaliście, po
co wam kłótnie, zmieńcie wiarę dopiero wtedy, jak cała wieś
się zgodzi. Dość mieliśmy awantur, gdy przed wojną wioski szły
na prawosławie, dość napięć, gdy grekokatolicy zmieniali
wiarę, żeby ratować cerkwie. Piotr chodził od domu do domu,
notował głosy. Zrobili referendum w sprawie wyznania.
.gif)
Czuchta: - Niektóre przywykły do prawosławia.
Inne w prawosławnej wierze rodzone. Chciałem do
grekokatolickiej cerkwi wrócić, bo to nasza wiara pradawna,
jak ziemia i lasy. Ale inne ludzie, całkiem niedużo, nie
chciały.
.gif)
Kaszczak: - Grzechu żadnego u nas nie ma, bo Pan
Bóg widzi, że my prawosławne nie dla korzyści, ale względem
zgody.
.gif)
Delegacja
.gif)
U
Piotra Czuchty pod drzewem, za drewnianym stołem, twarzą do
drogi. Zrywa się wiatr, idziemy do chałupy, murowanej, z
talerzem anteny satelitarnej. Czasem ktoś zachodzi, pozdrawia
Czuchtę z szacunkiem. 25 lat był w Zdyni sołtysem, póki - tak
opowiadają - żona nie zmontowała antysołtysiej koalicji;
radził, rozsądzał, godził zwaśnionych, a to bez butelki się
nie obędzie. Mówią językiem, który rozumiem bez kłopotów, choć
to nie mój język, ale bliski, jak chyba żaden inny. Gdy
Czuchta się zapomni, mówi do mnie jak do swoich.
.gif)
Maślej: - Łemkowie tak kochają lasy, że - da pan
wiarę? - zapisywali się do partii, żeby tak odzyskać swoje. Do
tej partii, która jest winna wszystkich łemkowskich
nieszczęść.
.gif)
Czuchta: - Napisali my list jako zdyński Front
Jedności Narodu, nie czekali nawet na odpowiedź, i jazda do
KC. W KC nie chcą przyjąć, to zagrozilim, że zrobimy
konferencję na ulicy, dziennikarzy sprosimy. To wysłali nas do
premiera Jaroszewicza.
.gif)
Siedli my u niego w konferencyjnej, na stole
mikrofony, przyjął nas premierowy sekretarz. Zawołał kobietę,
która załatwiła lasy dla Bartnego. Obiecała, że i nam załatwi.
.gif)
Kaszczak: - Wnet po naszej delegacji miała do
Zdyni zjechać komisja. Ale wysłali pismo, że czasu nie mają,
to my znów do Warszawy. Weszlim do tego samego pałacu, do
kobiety, która obiecała. Ona w płacz: puknijcie się chłopy,
nic nie zrobię, za te wasze lasy zwolnić mnie chcą.
.gif)
Czuchta: - Już stał fundament nowego domu,
mamusia, 80 lat miała, kamienie czyści, jak zajechali:
przewodniczący rady, sekretarz. Mówią: tobie się, Czuchta,
państwa ukraińskiego zachciewa, do Warszawy po lasy jeździsz.
Tom ich opierdolił. Patrzcie, mówię, jakbym miał las, toby
chałupa stała, 25 tysięcy cegły mi potrzeba. Oni: są
ważniejsze budowy niż twoja, cegły już dawno rozplanowane. Ja:
pierdolić taki plan, co ludziom domów stawiać nie daje. Won mi
z obejścia.
.gif)
Następnego dnia wołają do gminy, dają przydział
na cegły, na cement, żelazo. Wszystko, kurwesyny, załatwili,
od jednego krzyku.
|
|
 |
|
Wie Czarne. Ruiny kaplicy na cmentarzu
|
Odkrycie
.gif)
Pierwszą Watrę zaplanowali na rok 1983.
Aleksander Maślej chodził po urzędnikach, a tu wszędzie
odmowy. Wojewoda nowosądecki, komunista, ale ludzki człowiek,
poradził: panie Maślej, znajdźcie sobie taką datę, żeby władza
nie mogła odmówić. Wybrali 22 lipca. I tak już zostało.
.gif)
Maślej: - Wśród moich bliskich jest facet żonaty
z Polką. I ta Polka, choć dobra dziewczyna, wstydzi się, żeby
ktoś nie wypomniał, że związała się z obcym, nie chce być
posądzona, że z niej Ukrainka. Mówią mi, bym się nie wychylał,
nie podkreślał, że jestem Łemkiem, boją się, że to pójdzie na
ich rachunek. Tak było i przed wojną, dziadek to czuł, więc
kiedy jego siostra szła za Polaka, powiedział: ona umarła, nie
wymawiajcie w domu jej imienia.
.gif)
Przez większość życia nie wiedziałem, że mam
ciotkę. Dopiero niedługo przed śmiercią dziadek powiedział mi,
że mieszka w Gorlicach.
.gif)
W
osiemdziesiątym dziewiątym ciocia kazała swoim dzieciom zdjąć
tablicę z grobu wujka, którą władza położyła w czterdziestym
siódmym. - Jak to? - spytały, a wtedy powiedziała, że wujka
zabili nie Ukraińcy, tylko polski ubek. Gdy po morderstwie
zabrano ją na konfrontację z podejrzanymi, śledczy zapytał,
czy kogoś poznaje. Ciocia poznała, ale - śledczego, i śledczy
o tym wie-dział.
.gif)
-
Dlaczego nie powiedziałaś, że ojca zabili ubecy? - spytali moi
kuzyni. - Bo - odpowiedziała - przysięgłam pamięci waszego
ojca, że za każdą cenę was zachowam.
.gif)
A
kiedy długo przypatrywałem się zdjęciu złapanych upowców,
poznałem, że jeden z nich to Ł., góral, osadnik. Spytałem go,
dlaczego zgodził się pozować.
.gif)
-
Ze strachu - powiedział - ubecy kazali.
.gif)
Kiedyśmy zgadali się o akcji "Wisła", opowiadał,
że z Podhala brali na osadników takich jak on biedniaków.
Ubecy mówili: ty weźmiesz to gospodarstwo, ty tamto, nie
chcesz, powiozą cię za Ukraińcami.
.gif)
Kaszczak: - Gdyby my wiedzieli o góralach,
inaczej by było między nami.
.gif)
Czuchta: - Gdyby one wiedzieli o nas...
.gif)
Sądy
.gif)
U
Stefana Kaszczaka w chałupie, pod zegarem, "co wysiedlenie z
nami przeszedł".W tekturowej, starej walizce papiery: metryka,
świadectwo ślubu, karta wysiedlenia nr 17882, a w rubrykach,
ile wieźli krów, ile koni, ile owiec. Na odwrocie ani jednego
stempla; znak, że Kaszczakowie nie korzystali z państwowej
pomocy podczas drogi na Zachód. Tym, którzy brali kilka
złotych pożyczki, wbijano stosowne stemple. Gdy Kaszczak
ogląda kartę, mówi: - Trzeba nie mieć Boga w sercu, by ludzi
tak gnać.
.gif)
Maślej: - W sprawie zwrotu lasów było kilka
procesów, w tym przed Naczelnym Sądem Administracyjnym,
wszystkie wygrane. Mamy trzy, niezależne od siebie, lecz
korzystne dla nas, ekspertyzy największych specjalistów.
Decyzje o upaństwowieniu lasów są bezprawne.
.gif)
Nasze lasy są w zarządzie skarbu państwa. Nagle
zaczęto o nie dbać, choć nawet ja umiałbym lepiej, bo uczył
mnie ojciec, jak w każdej łemkowskiej rodzinie. Nie wiedzieć
czemu łemkowskie lasy stały się bardzo potrzebne, dużo warte,
choć ostatnie rusinki dawno wycięte. Tak samo, jak nasze
cmentarze, które sprzedają na pastwiska.
.gif)
Całe łemkowskie mienie to 0,2 proc. polskiej
reprywatyzacji. Ale wielu nie weźmie. Niektórzy spolonizowali
się, mieszkają w miastach. Inni, spadkobiercy dawnych
właścicieli, nie upomną się o swoje, bo do kilku hektarów
będzie ich kilkunastu, nie ma jak podzielić. Z tego 0,2 proc.
w rzeczywistości zostanie jeszcze mniej. Dla państwa to żaden
koszt.
.gif)
Już po procesach rozmawiałem z państwowym
urzędnikiem, może nie najważniejszym, ale takim, który mógł
zwrócić nam lasy. W końcu powiedział: - Damy wam, ale na
Zachodzie. A przecież myśmy uciekali stamtąd, to było miejsce
naszego zesłania. Dlatego na ostatniej Watrze powiedziałem, że
akcja "Wisła" trwa.
.gif)
Czuchta: - Na Zachodzie też były lasy. Musiały
być, bo wieś bez lasów nie wygląda. Ale jakie, nie pamiętam.
.gif)
Kaszczak: - Jeśli muszą coś z zachodnim lasem
zrobić, niech dają zabużakom, też we wojnę wytracili wszystko.
U nas każde drzewko znajome, każde ma imię, bo drzewo jak
człowiek. Ja chcę moje, tam pod wierchami, gdzie niebo się
chowa.
Paweł
Smoleński
18-10-2000
12:26
